|
Helen Vendler
To, że widziałam, jak posępny wygnaniec Miłosz stał się radosnym Miłoszem mogącym powrócić do domu, było dla mnie niewypowiedzianie poruszającym przeżyciem.
Gdy zastanawiam się, kim był dla mnie Miłosz, odpowiedź przychodzi natychmiast: światłem. Kiedy mój syn usłyszał, że zmarł Miłosz, powiedział: „Zgasło jedno z twoich świateł”. Co sprawia, że pisarz jest światłem dla czytelnika, od którego w czasie dzieli go pokolenie, a w przestrzeni tysiące mil? Najpierw poznałam wiersze Miłosza, do których przyciągnęły mnie powaga i energiczna bezpośredniość, wyrażane w niezapomnianych obrazach i bezprecedensowych strukturach, i proste słowa (choć opisywane z ich pomocą pojęcia proste bynajmniej nie były). Jego samego zaś poznałam w roku 1981, gdy przyjechał na Harvard z serią wykładów w ramach programu Charles Eliot Norton Lectures, wydanych później w tomie The Witness of Poetry (Świadectwo poezji). Stał na mównicy spokojnie, lecz przemawiał zaciekle, z pasją. Stwierdziłam wtedy, że chyba będę się go bać. Jednocześnie podziwiałam go, odkąd przeczytałam wydany przez Ecco Press w 1978 roku tom Bells in Winter i specjalny Miłoszowski numer „Ironwood” (1981), gdzie znalazł się między innymi przekład poematu Świat – tak oryginalnej poetyckiej reakcji na woj¬nę, że natychmiast zapragnęłam o nim napisać. Przez kolejne dwadzieścia lat wiele pisałam o tym oszałamiająco rozległym zjawisku, jakim jest poezja Miłosza, tak różna od wszystkiego, co ukazywało się w świecie anglojęzycznym. Wiedziałam – dzięki lekturze szkiców Stanisława Barańczaka, mojego kolegi z uczelni, i innych polskich krytyków – że dużo tracę, czytając Miłosza wyłącznie w przekładzie; ale nawet po angielsku charakterystyczne dla niego frapujące połączenie historycznego rozmachu z drobiazgowym odmalowaniem szczegółu odkrywało przed poezją rzeczywistości nowe horyzonty. Nowatorski montaż, gdzie szczegół następuje za szczegółem, a z całości powstaje pole elektryczne większe niż suma jego poszczególnych cząstek, stanowił zaprzeczenie idei formalnej doskonałości kompozycji. Tematyka jego wierszy była wyrzutem wobec mojego amerykańskiego prowincjonalizmu; czytając go, czułam, jakbym dostawała porcję wielkiej mądrości i zarazem naganę (a jednocześnie upajałam się nowatorstwem form i obrazów). Światło – historyczne, intelektualne i poetyckie – jakie zapalił Miłosz w moim umyśle, nie zgasło z jego śmiercią. Miłosz, jakim go znałam, był człowiekiem skorym do śmiechu, o pamięci pełnej wspomnień, ironicznym tak wobec siebie, jak i innych, serdecznym i wspaniałomyślnym w przyjaźni. Po raz drugi zetknęliśmy się pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy przyjechał na Harvard na uroczystość nadania mu doktoratu honoris causa. Był wtedy zupełnie innym człowiekiem – miał promienną twarz, był uszczęśliwiony tym, że Polska otworzy¬ła przed nim drzwi, że jego książki znów mogą się ukazywać w ojczyźnie. To, że widziałam, jak posępny wygnaniec Miłosz stał się radosnym Miłoszem mogącym powrócić do domu, było dla mnie niewypowiedzianie poruszającym przeżyciem. Zaprzyjaźniliśmy się podczas cudownie nieformalnego wieczoru w domu przyjaciela Miłosza, poety Donalda Davie. Tego wieczoru długo rozmawialiśmy i dużo się śmialiśmy; widziałam żywiołowy i szelmowski temperament Miłosza w jego najlepszym satyrycznym wydaniu. Gdy wracaliśmy razem taksówką do hotelu, opowiedziałam mu, że w czasie studiów na żeńskim uniwersytecie katolickim siostry kazały dziewczętom trzymać się z daleka ode mnie i moich koleżanek jako „złego nasienia”, co nas niepomiernie dziwiło, bo byłyśmy niewinnymi młodymi dziewczynami. (Później zrozumiałam – zakonnice przewidziały, że wyrośniemy na intelektualne buntowniczki.) Miłosz roześmiał się na to i odparł, że jemu w wieku piętnastu lat jeden z nauczycieli powiedział: „Miłosz, ty masz twarz kryminalisty”. Zachował na całe życie tę niepokorną twarz, bardzo dla mnie pociągającą. Niepokonana wolność umysłu kazała mu buntować się przeciwko rozmaitym represyjnym politycznym „izmom”. W tym świetle trudno mi było zrozumieć, że nie odrzucił katolicyzmu. A jednak religijne myśli zawarte w jego poezji są specyficzne i krnąbrne, prawie nie do pojęcia dla amerykańskiego umysłu takiego jak mój, nawet jeśli wychowano go w wierze katolickiej. Ponieważ jednak nadzieja Miłosza zasadza się na potencjale człowieka, nie na zrządzeniach Opatrzności, mogą ją podzielać nawet niewierzący. Niezwykłe skupienie – jak w soczewce – dzięki któremu Miłosz tworzył, stanowiło nieodłączną część jego sposobu reagowania na wszystko, co go otacza. A obok tego występował zachłanny apetyt na życie: kochał rozmowy, kochał książki, kochał kobiety, kochał jedzenie i wino, kochał podróże, kochał swoich przyjaciół – wszystko to bez najmniejszego uszczerbku dla traktowanej z niemal świętym szacunkiem powinności wobec swojej sztuki i tego, co nazywał „rodziną ludzką”. Jego niezgoda na rolę artysty zamkniętego w getcie awangardy, niesłabnące zainteresowanie najzwyklejszymi stronami życia, ogromna, nietuzinkowa wiedza i, przede wszystkim (mimo wielu tragedii, które przeżył i których był świadkiem) niezmierna wdzięczność za bogactwo świata sprawiały, że zaskarbiał sobie sympatię ludzi, którzy się z nim stykali, a także czytelników jego poezji i prozy. Po raz ostatni widziałam się z Miłoszem w moim Massachusetts. Kilka lat temu otrzymałam telefon z Amherst College z informacją, że Miłosz prosi, bym poprowadziła jego spotkanie autorskie. Poczułam się mile wyróżniona i oczywiście z góry cieszyłam się, że znów go zobaczę. Wieczór miał się składać z czytania i rozmowy, i gdy się spotkaliśmy w przeddzień, zapytałam, czy chciałby przeczytać wiersze przed rozmową, ponieważ jeśli poezja zabrzmi na początku, słuchacze wysłuchają jej z większą uwagą. On zrobił minę konspiratora i powiedział: „Nie – najpierw porozmawiajmy, żebym mógł udawać, że jestem Zwyczajnym Człowiekiem!”, po czym gromko się zaśmiał. Nikt nie mógłby go wziąć za zwyczajnego człowieka, w żadnych okolicznościach; ale odbycie rozmowy przed lekturą mogło przynajmniej przekonać młodą studencką widownię, że poeta żyje równie intensywnie jak oni, a poruszane przez niego tematy są istotne również dla nich. Cieszę się, że miałam zaszczyt znać nie tylko poetę-światło, lecz również Czesława „zwyczajnego człowieka” – niemal nadludzkiego pod względem geniuszu, energii, spostrzegawczości, radości życia i surowości w ocenie – który był niedoskonałym ludzkim źródłem niewyczerpanego strumienia tekstów, które zmieniły naturę współczesnej poezji.
z angielskiego przełożyła Agnieszka PokojskaPrzedruk za: Czesław Miłosz In memoriam, Znak, Kraków 2004
|